Uściski dla Matki Przełożonej, czyli 10 (nie)poważnych faktów o mnie

Tak się złożyło, że zostałam nominowana do blogowego wyzwania, a że mój blog na początku drogi, to czemu nie? Matka przełożona, z którą współpracujemy między innymi w Nowej Fantastyce, dała cynk, że mam przygotować dziesięć faktów o sobie. Trochę to trwało, ale  wybrałam kilka, które mogłoby was zainteresować. Zatem w imię bliższego poznania się, zapraszam na zestawienie.

1. Jestem semi-wegetarianką

Złota zasada internetu mówi, że o hipsterskich nawykach żywieniowych muszę informować już na samym początku. Chciałabym dodać, że studiuję prawo i trenuję crossfit, ale niestety nic z tego. To akurat nie problem, bo semi-wegetarianizm ma bardzo niewiele wspólnego z weganizmem i zaraz wytłumaczę dlaczego. Semi znaczy tyle, że nie jadam czerwonego mięsa, a nie mięsa w ogóle. Jajka, ser i mleko też jak najbardziej. Czego mi brak zastępuję soczewicą i innymi grochopodobnymi. Taki stan rzeczy utrzymuje się już mniej więcej od roku. Robię to tak o, z wyboru i świetnie się czuję nie jedząc schabowych.

2. Panicznie boję się zombie

Serio. Jedyne horrory zdolne mnie przerazić, to te o żywych trupach. Nie mam pojęcia jakie są tego przyczyny, ale od kiedy pamiętam historie o zombie wywoływały u mnie bardzo silne emocje. Z tego powodu nigdy osobiście nie grałam w The Last of Us (dzięki technologio za lets playerów, bo fabuła to majstersztyk), The Walking dead oglądam tylko w dzień, a film Rec tak mnie wystraszył, że prawie dwa tygodnie zasypiałam przy świetle. Kwestia o tyle ciekawa, że duchy, opony i demony praktycznie nie robią na mnie wrażenia. Zapytacie: skoro tak się boję, czemu interesuję się tematem i oglądam gnijące buźki? Chyba po prostu lubię się bać. No wiecie, w kontrolowanych warunkach. Nie ma przecież szans, żeby ktokolwiek powstał z martwych i zaczął wyjadać innym mózgi. Prawda? PRAWDA?!

3. Ciężko mi zasnąć bez czytania

Mogę obejrzeć film, serial, pograć i nic z tego. Zasypianie będzie przeprawą przez bajoro pełne rozmyślań i przeciągaczy uwagi. Wystarczy jednak, że wezmę do ręki kindla, telefon lub książkę i poczytam co tam autorzy napłodzili. Mogą być nawet posty na facebooku, chodzi o samo chłonięcie literek. Nie oznacza to oczywiście, że czytam tylko po to, żeby spać. Wręcz przeciwnie, jeżeli fabuła wciągnie, to nie mam nic przeciwko siedzeniu do białego rana. Kiedy jednak przed snem nie mam pod ręką choćby etykietki domestosa czuję się niekomfortowo.

4. Szwedzki to mój ulubiony język

Jest nawet fajniejszy niż angielski. Między innymi z powodu odmiany czasownika być (vara we wszystkich osobach to po prostu är). Szwedzki jest taki prosty i harmonijny, cudo! Zaczęłam się go uczyć po części z nudów, a po części z potrzeby zrobienia czegoś dla siebie z przyszłości. Na razie udało mi się uzyskać dyplom na poziomie podstawowym, ale tak mnie ten język oczarował, że na tym się raczej nie skończy. Obecnie trwam w obietnicy, że któregoś pięknego dnia przeczytam Millenium Stiega Larssona w oryginale i cokolwiek z niego zrozumiem. Póki co mogę sobie tylko powiedzieć lycka till!

Zdjęcie z mojej prywatnej galerii. Podziwiajcie Sztokholm we wrześniu.

5. W podstawówce pisałam fanfiki o świecie Heroes of Might and Magic

Zaczęło się od opowiadania na „dowolny temat”, które nam zadała pani od polskiego. Była to klasa bodajże czwarta, a mała TheMolka niedawno zaczęła grać w herosy i mało nie skonała z radości, że może dołożyć swoją cegiełkę do uniwersum. Wyobraźcie sobie minę mojej nieskalanej grami komputerowymi nauczycielki, kiedy oddałam jej ponad piętnastostronicowe grafomańskie piśmidło pełne błędów ortograficznych. Rzecz jasna z największym pietyzmem opisałam w nim głowę demona odpadającą od karku i przywołującego lisza nekromantę. O ile dobrze pamiętam była nawet jakaś intryga i wyjątkowo infantylny romans. To się nazywa rozmach, nie? Niestety nie zachowała się nawet stroniczka.

6. Nie umiałabym żyć bez pizzy

Po prostu nie. Gdyby jedzenie pizzy nagle stało się złe, to ja już nie chciałabym być dobra.

7. Moją pierwszą książką fantasy był Słodki srebrny blues

Dorwałam go w pokoju starszego brata. Stał sobie samotnie na półce i aż się prosił z tymi karzełkami na okładce, żeby spodobać się dwunastolatce. Czego dzieciak nie mógł pojąć, to nie pojęłam, ale za to spodobało mi się i z miejsca sięgnęłam po kolejne części. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z fantastyką, która trwa do dzisiaj.

8. Mam hopla na punkcie XIX wieku

Historię lubiłam niemal od zawsze, a że się moja sympatia rozwinęła w tym właśnie kierunku jest zasługą studiów i zainteresowania pisarstwem. Z XIX wieku pochodzą jedni z moich ulubionych twórców: Adam Mickiewicz, Arthur Conan Doyle, Vicktor Hugo, Charles Dickens, Caspar Friedrich, Enrique Simonet i… długo żeby wymieniać. W każdym razie jeśli są jakieś teksty, nie ważne czy o szermierce, medycynie, obyczajach czy architekturze, a akcja filmu/gry/serialu/książki rozgrywa się w XIX wieku, to mają moje zainteresowanie. Bywa, że jest to minus, bo nie każde „o XIX wieku” warte jest zachodu, a współczesne twory kultury często zawodzi mnie brakiem reaserchu na temat epoki lub jej wypaczeniem. Na szczęście im więcej wiem, tym łatwiej odsiewa mi się babole i wyciąga prawdziwe perełki.

9. Jestem konsolowym inwalidą

W ogólnym rozrachunku uważam się za niezgorszego gracza. A już na pewno za gracza regularnego. Dostęp do komputera mam od maleńkości, a z myszką w dłoni i klawiaturą pod palcami czuję się jak ryba w wodzie. Cały czar pryska, kiedy da mi się do ręki pada. Zupełnie nie potrafię cieszyć się grą na konsoli. Kamera mi ucieka, przyciski się mylą, drążek zbyt delikatny lub za oporny. Dark Souls może i jest trudne, ale ja nie potrafię na PlayStation nawet przejść początkowych misji z Dishonored. Więc… ymm… PC MASTER RACE?

10. Nie płakałam na Królu Lwie

Wychowałam się chyba w izolacji od kultu Króla Lwa, bo poznałam go dosyć późno i nie byłam specjalnie poruszona. Czemu? Nie mam pojęcia. Za to przyznam się, że tonęłam we łzach na Dumbo, Kreciku (tak, na tym Kreciku) i Pocahontas, a moją ulubioną bajką Disneya jest Dzwonnik z Notre Dame.