E-book, od hejtera do miłośnika

Dyskusja dotycząca e-booków pojawia się w mediach społecznościowych coraz częściej. Odzywają się w niej zarówno ci, którym absolutnie taka forma nie przeszkadza, jak i osoby zawzięcie broniące wyższości publikacji papierowych. Głos zabierają także sami pisarze, w tym Milan Kundera, który przyjmując nagrodę Prix de la BNF, przyznał że: „Od kilku lat, wszędzie, do swoich wszystkich umów, dodaję klauzulę stwierdzającą, że moje powieści mogą być publikowane tylko w formie tradycyjnej książki.” Powodem dla takiego stanowiska ma być niepewność o przyszłość papierowych książek i chęć zachowanie lojalności wobec tradycyjnego nośnika.

E-book to nie książka

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu bezprecedensowo przyklasnęłabym autorowi Nieznośnej lekkości bytu. Bo przecież nic nie zastąpi szelestu kartek, zapachu nowej książki i możliwości zważenia jej w dłoni. A jeszcze jak się przy tym grzbiety prezentują na półkach! Nie szkodzi, że ponad tysiąc stronicowe cegły nigdy z tej półki nie schodziły, ponieważ ani miejsca nie było, ani chęci, żeby takiego kloca targać ze sobą.

Przeświadczona o nieomylności w powielaniu tezy jakoby papier lepszy był nad e-book, broniłam się ile mogłam przed coraz popularniejszymi czytnikami. Kiedy mnie ktoś próbował przekonać powtarzałam dokładnie te same argumenty, które do dziś stanowią podstawę dla obrońców książki tradycyjnej. W końcu świnia, to nie pies, a e-book, nie książka. Co się więc stało, że zmieniłam zdanie? Przestałam zwracać uwagę na czym czytam, a skupiłam się tylko na tym co, ile i za ile czytam.

Zaczęło się niewinnie. Na początku padło na notatki z wykładów, które się niewinnie skanowało za pozwoleniem pilniejszych kolegów i koleżanek. Marudziłam, bo czytanie na telefonie nie było rzeczą najprzyjemniejszą, ale ksero kosztuje, a drzewa coraz mniej liczne. Potem była jakaś publikacja, którą mogłam dostać jedynie w formie elektronicznej. Innym razem przy zakupie książki papierowej dostałam e-booka w prezencie. Lista przeczytanych „cyfrówek” wciąż rosła, a ja coraz rzadziej zawracałam sobie głowę jeżdżeniem do biblioteki. Po co, skoro te same książki mam na Wolnych Lekturach?

Wszystko przez wygodę

Mimo zalet, które zaczynałam dostrzegać w e-bookach, wciąż nie byłam na tyle przekonana, by zainwestować w czytnik. Dostałam go jednak w prezencie i już nie było odwrotu. To, jak bardzo Kindle pomaga w czytaniu, zrozumiałam dopiero w trakcie pierwszego wyjazdu. Zwykle jedną czwartą mojej torby stanowiły książki i zeszyty z notatkami. Nie dość, że to ważyło swoje, to jeszcze zajmowała miejsce dla dodatkowej pary butów, które powinno się mieć na wszelki wypadek. Aż tu nagle, czary mary! miejsca w bród, bagaż lżejszy.

W dodatku nie musiałam dłużej wybierać, bo już nie pięć książek miałam pod ręką, a całą biblioteczkę. Jako osoba czytająca dużo i głównie w środkach komunikacji lub przed snem, nie potrafię nie docenić poręczności czytnika. Opasłe kodeksy, które straszyły mnie z półki, nagle przestały być problemem. Niepogoda, brak odpowiedniego oświetlenia i przede wszystkim lenistwo (w końcu się położyłam po ciężkim dniu, a musiałabym wstać, zapalić lampkę i potem jeszcze ją zgasić, dobra lepiej idę w kimę) stały się tylko kiepskimi wymówkami. Co za tym idzie zaczęłam czytać więcej i częściej.

Dalej, dalej czytniku Gadżeta

Widzicie, czytnik to takie cudne ustrojstwo, które potrafi człowiekowi ułatwić życie na tysiąc różnych sposobów. Ja w swoim wywodzie ograniczę się do trzech najistotniejszych. Po pierwsze śledzenie postępów zyskało status bułki z masłem. Kindle pokazuje, że mam za sobą pięćdziesiąt siedem procent Wielkich nadziei i kiedy odłożę je dla innej lektury (zawsze czytam na przemian kilka książek) nie muszę pilnować zakładki, a po jej zgubieniu szukać miejsca pauzy.

Profeta Lem, czyli obowiązkowy mem

Po drugie: magia przypisów. Studiując natknęliście się albo dopiero natkniecie na książki, które mają tyle komentarzy edytorskich i przypisów, że te często zajmują więcej miejsca niż sam tekst. Co gorsza masa podręczników ma je na końcu i wtedy trzeba kartkować, żeby wyjaśnić interesującą nas kwestię. E-book daje możliwość wyświetlania przypisów po kliknięciu na cyferkę przy danym wyrazie, a w razie czego jeden przycisk i powrócicie na wybraną stronę.

Po trzecie i ostatnie: funkcja dodawania notatek. Chcesz zwrócić na coś uwagę albo masz przemyślenia dotyczące fragmentu tekstu? Zaznaczasz paluchem i wklikujesz. Żadnego ołówkowania po marginesach i kolorowych karteczek wystających na boki. Potem w każdej chwili możesz do odautorskiego przypisu wrócić. Wierzcie lub nie, ale przy pisaniu prac krytyczno-literackich lub publicystycznych taki system pozwala zaoszczędzić masę czasu.

Książek coraz więcej, a pieniędzy i półek tyle samo*

W Polsce wydaje się około trzydziestu tysięcy tytułów rocznie. Ogrom, prawda? Z tego powodu wciąż są jakieś nowości lub wznowienia, które chciałabym dostać w swoje szpony. Akurat na książki i kotki nigdy nie żal mi czasu ani pieniędzy. Problem w tym, że o ile te drugie nigdy nie rozczarowują, tak pierwsze bywają wyrzuceniem hajsów w błoto. A hajs, jak wiadomo, musi się zgadzać. No i tutaj wchodzą e-booki (całe na biało), bo zwykle kosztują mniej niż papier, a jeżeli tytuł wyjątkowo nie przypadnie mi do gustu, to nie zawala na półce.

Jakby tego było mało w sklepach ciągle trwają jakieś promocje i ledwo jedna się skończy, już można się załapać na kolejną. Istnieją także inicjatywy, jak Bookrage, gdzie za wybraną przez nas sumę zdobywamy nie jeden, a kilka tytułów. Zdarza się więc, że wydam na książki sto złotych i mam za to powiedzmy sześć dobrze zapowiadających się e-booków. Raz, że nie trzeba płacić za wysyłkę, a dwa z moim pechem w dobieraniu lektury lepiej wydać na kolejny bestseller NY Timesa kilkanaście, a nie kilkadziesiąt monet.

Ciekawe czy uda wam się zgadnąć, co teraz czytam?

Oprócz całorocznych wyprzedaży na sklepowych półkach czeka klasyka, która w formie e-booka dostępna jest za darmo. Także rozmaite serwisy, jak chociażby wspominane już Wolne Lektury, dają dostęp do bazy świetnych książek, które weszły do domeny publicznej. Gdyby nie to, najpewniej nigdy nie sięgnęłabym po chociażby Niewidzialnego Wiśniowskiego. Jeżeli nie straszny wam angielski lista bezpłatnych arcydzieł jeszcze się wydłuży. Dla przykładu od jakiegoś czasu dostaniecie w oryginale nieśmiertelną prozę Lovecrafta. Same plusy, bo nie dość, że człowiek ma rozrywkę za friko, to jeszcze się dokształci i języka złapie.

*jak nie mniej

E-book ani lepszy, ani gorszy

Mimo wszystko czytnik nie zastąpi papierowego wydania w każdej możliwej sytuacji. Na przykład rozładuje się w najmniej odpowiednim momencie albo zapomni pobrać książkę, którą wcześniej na niego wysłaliśmy za pomocą aplikacji. Potrafi się też psuć i zacinać, a bywa, że bez zresetowania nie wróci do normy. Ma też swoją cenę, która w przypadku Kindla, w zależności od modelu, zaczyna się na ok. trzech stówach, a kończy na ośmiu. Są jednak inne firmy oferujące dobre czytniki i warto najpierw popatrzeć na zestawienia w sieci, jeżeli nie szukamy tego konkretnego. Tym bardziej, że Amazon nie jest dostosowany do potrzeb polskich klientów.

Z książkami na czytnik też bywa różnie. Zdarza się, i to dosyć często, że upragnionego tytułu nie ma w formie elektronicznej, a jeżeli jest, to nie istotne dla nas wydanie. Warto też zwracać uwagę na cenę, bo z powodu różnic w opodatkowaniu i kilku rynkowych zależności może się zdarzyć, że e-book będzie droższy od papieru, chociaż koszty wydania pierwszego są nieporównywalne niższe. Inna jeszcze zaraza, to te przeklęte elektroniczne półki, bo wiedzcie, sklepy znikają. Papierowej książki nikt wam z półki nie zwinie z powodu bankructwa jakiejś firmy. Dlatego lepiej magazynować swoje e-booki w bezpiecznym miejscu. No i są na świecie takie tytuły, których za nic nie można sobie odmówić w fizycznej formie. Dom bez książek, to w końcu nie dom, coś cieszyć oko i utulać do snu musi.

Podsumowanie

Pokochałam e-booki, ale ani przez chwilę nie straciłam sympatii do papierowej książki. Uważam tylko, że w całej tej burzy o wyższość jednego nośnika nad drugim zdajemy się zapominać, o co tak naprawdę chodzi w czytaniu. Książka to w końcu nie tylko oprawa graficzna i charakterystyczny zapach. Liczy się przede wszystkim treść, a nawet najładniejsze wydanie nie sprawi, że gniot stanie się arcydziełem. Niby banał, ale czy Nieznośna lekkość bytu jako e-book jest gorsza? To wciąż byłaby ta sama historia, z dokładnie tym samym przesłaniem.

Z całym więc szacunkiem dla Kundery, ale przechodząc drogę od osoby, która e-booków nie tolerowała, do osoby która docenia ich wygodę, to wydanie swojej książki w formie elektronicznej nie byłoby żadną zdradą wobec tradycyjnej formy. Wręcz przeciwnie. Gdyby taka Nieznośna lekkość bytu znalazła się na półkach e-księgarń w formacie mobi i pdf, to być może więcej osób miałoby przyjemność zapoznać się z kawałkiem dobrej prozy i co ważne zakupić ją. A tak? Nakłady coraz mniejsze, szybko się kończą, a po sieci krążą pirackie kopie o śmiesznej jakości.

  • E-book to jak najbardziej książka. Osobiście wolę tradycyjne, papierowe tomiszcza, ale jeśli ktoś woli korzystać ze zdobyczy techniki – to czemu taką osobę hejtować? Wydaje mi się, że lepiej czytać na e-booku, niż nie czytać w ogóle. Jedyne, co mi przeszkadza w e-bookach, to chyba cena i nie wiem, może się mylę, ale chyba nie zanosi się na to, by szybko miała spaść… Pozdrawiam 🙂

    • Otóż zanosi się! 😀 Można o tym przeczytać tutaj: http://ksiegowosc.infor.pl/wiadomosci/754187,Zrownanie-stawek-VAT-na-ebooki-i-ksiazki.html. Co z tego wyjdzie zobaczymy, ale plany są. Chociaż powiem z własnego doświadczenia, że cena rzecz względna, bo na e-booki ciągle, ale to ciągle są promocje. Jeszcze mi się nie zdarzyło kupić e-booka, który byłby droższy niż 15 zł i to nie byle jakie e-booki były, bo chociażby od Wydawnictwa Literackiego. Polecam popatrzeć na Virtualo lub Woblinku. 🙂

      • Oo, to mnie zaskoczyłaś, zawsze jak patrzyłam np. w Empiku, to wydawało mi się, że różnica w cenie jest tak mała, że wolę już dopłacić te kilka złotych i postawić sobie książkę na półce. Dzięki!

        • Nie ma sprawy. 😀 Cena książek to ogólnie rzecz bardzo względna, wystarczy trochę poszukać i masz cztery e-booki za 30 zł albo ja teraz upolowałam 3 książki papierowe za 35 z dostawą