Krytyka, na co nam ona?

W ostatnim czasie, z powodu niefortunnego wpisu autorstwa Katarzyny Michalak o dręczących ją hejterach, w internecie na powrót wybuchła dyskusja o różnicy między hejtem, a krytyką. Przy okazji można było pogdybać, skąd się bierze potrzeba zarówno pierwszego, jak i drugiego. Obserwując to niejako z boku uznałam, że warto byłoby przyjrzeć się tym zjawiskom z pozycji zwyczajnego użytkownika internetów. Wobec tego prosiłabym podejść do poniższego wpisu, jako do zwykłego zbioru przemyśleń szarego korzystacza, nie zaś wypowiedzi psychologa, socjologa czy innego rodzaju eksperta, którym absolutnie nie jestem.

Hejt a krytyka

Po pierwsze należałoby postawić znak nierówności pomiędzy tymi dwoma zjawiskami, które często i niesłusznie bywają ze sobą mylone. Otóż poruszając się zarówno w życiu, jak i w internecie zdarza się nie raz, że człowiek musi przyjąć negatywną opinię na swój temat i się z nią zmierzyć. Ktoś ocenił na jeden wiersz, który napisaliśmy albo może nie zgodził się z naszą opinią na dany temat. I wiecie co? Wszystko jest w porządku, ma przecież święte prawo do wyrażania swojego zdania. Problem pojawia się wtedy, kiedy zarówno ocena wiersza, jak i komentarz zostają wyrażone za pomocą wulgaryzmów, złośliwości i na pierwszy rzut oka widać, że ich celem nie było określenie danego stanowiska, a obrażenie nas.

Krytyka jest przede wszystkim merytoryczna, niesie ze sobą jakąś wartość poznawczą i przy odpowiednim podejściu wyrządza więcej pożytku niż szkody. Dlaczego? Bo dzięki krytyce można poznać swojego słabe strony, zidentyfikować najczęściej popełniane błędy i spróbować uwolnić się od nich w przyszłości. Krytyki nie obchodzą nasze uczucia. Krytyka zwraca uwagę i pomaga uniknąć teraźniejszej lub przyszłej kompromitacji. Co za tym idzie jest rzeczą cenną i jeżeli otrzymujemy kulturalną negatywną opinię od osoby doświadczonej, znającej się na danej dziedzinie, chcącej promować zjawisko, w którym uczestniczymy, to pozostaje za nią podziękować. Inna sprawa, że bywa ona bolesna, zwłaszcza na początku, kiedy opinii jest niewiele i stykamy się z negatywnymi reakcjami po raz pierwszy. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że jest ona nieodłączną częścią już nawet nie twórczości, a całej egzystencji.

Podobnie zresztą jak hejt, o którym tyle się teraz mówi w kontekście internetu. Nie można przy tym zapominać, że to nie globalna sieć wynalazła nienawiść, a ludzie i oni właśnie uskuteczniali ją na długo przed elektrycznością. Co więc stoi za hejtem, że budzi dziś aż takie emocje? Ano to, że sam na emocjach jest zbudowany i na nie także próbuje oddziaływać. Niczego nas przy tym nie uczy, wnoszą jedynie garść wyzwisk, szczyptę uprzedzeń i masę złego samopoczucia odbiorcy oraz złudnego samozadowolenia nadawcy. Zwykle ogranicza się przy tym do wyjątkowo słabych żartów, zwyczajnego chamstwa i niepopartej racjonalnie próby udowodnienia, że ktoś lub coś jest gówno warte, bo akurat ta osoba uznała w ten sposób.

Wyobraźcie sobie być tak znienawidzonym, że od waszego nazwiska tworzy się rzeczownik bojkot. Tak, poznajcie człowieka, któremu go zawdzięczamy, Charlesa Boycotta.

Hejt jest przy tym bardzo ludzki, bo i negatywne emocje, które odreagowujemy są ludzkie. Dlatego wielu osobom zdarza się kogoś lub coś hejtować. Dzieje się tak być może dlatego, że łatwiej napisać „Jesteś żałosny” niż na podstawie odpowiednich doświadczeń, przemyśleń i za pomocą rzetelnych argumentów ocenić negatywnie czyjąś pracę. Bo widzicie hejt zwykle nie odnosi się do np. ocenianej książki, a umniejsza wartość lub oczernia jej autora. Hejt jest ad personam, co krytyce nie przystoi. Jest zawsze negatywny, podczas gdy rzetelna i nawet najtrudniejsza do zniesienia krytyka to rzecz pozytywna. To jak łatwo gwałtowna, emocjonalna reakcja czy idiotyczny żart może zmienić się w życzenie komuś śmierci, masowe szykanowanie czy poważne oskarżenia sprawia, że hejtowi nie wolno ufać i każde przekroczenie pewnej granicy należy traktować jako sygnał, że nie mamy dłużej do czynienia z chamstwem, a w grę wchodzi przestępstwo.

Jak stracić fanów i zrazić do siebie krytyków

Osoby publiczne, w tym pisarze, są narażani na krytykę i hejt w szczególności. Problem pojawia się wtedy, kiedy taka osoba myli jedno z drugim i jeszcze wylewa wiadra frustracji na wszystkich wokół. Taka sytuacja wydaje się niezwykle groteskowa, ale jak to bywa, logika swoje i rzeczywistość swoje. Stało się więc, że wspomniana Katarzyna Michalak postawiła znak równości między krytykującymi jej twórczość i zwykłymi trollami, lubującymi się w życzeniu innym śmierci. W jej opinii każda negatywna ocena została napisana przez tajemniczą (iluminati?) osobę, która zarabia porządne pieniądze na niszczeniu innych w internetach. Bo to właśnie, bycie niszczonym przez negatywne opinie, miało przytrafić się pani Michalak.

Zleceniodawca upatruje sobie owego i pisze doń maila, oczywiście anonimowo. Od teraz frustrat nie jest już frustratem. Staje się „zawodowym hejterem”. Pitbullem, który ma zagryźć. Dostaje zlecenie na konkretną osobę. Wszelkie chwyty dozwolone.

Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie było. Że budzący ostatecznie raczej politowanie i niesmak hejt przerodził się w coś przerażającego – w nękanie, zastraszanie i doprowadzanie drugiego człowieka do dramatycznego stanu. To się niestety zdarza, a sam fakt ile potrafi zdziałać garstka zaburzonych osobników za pomocą dostępu do internetu, to nie temat do żartów. Jednak w takim momencie mówimy już nie o kilku wyzwiskach na forum, a o zorganizowanej działalności przestępczej. Pisarka przyznała nawet, że została zaatakowana na spotkaniu autorskim przez osobę psychicznie chorą i bała się o życie własne oraz swoich dzieci. A ja szczerze nie życzę nikomu, by kiedykolwiek musiał podejmować podobne decyzje.

Pakiet źle napisanej, kaleczącej gatunek i gloryfikującej gwałt fantastyki, który w pełni zasłużył na negatywne opinie

Najniebezpieczniejszą formą, jaką obiera masowy hejt, jest atak fizyczny. Grupa hejterów skrzykuje się na spotkanie autorskie np. w księgarni, bo z biblioteki zostaliby wyproszeni, osaczają cel, unieruchomiony przy stoliku, przy którym podpisuje książki i zaczynają w sposób niewybredny atakować swoją ofiarę.

Po dyskusji, która rozgorzała wokół wpisu pozostaje jednak zdać pytanie, czy pani Michalak słusznie oskarżyła innych o spisek, mający na celu zagrozić jej oraz jej rodzinie? Podane przez nią argumenty są nielogiczne, oskarżenia o nękanie niepoparte żadnymi dowodami, a zarówno osoby krytykujące, jak i zwyczajnie w chamski sposób obrażające jej osobę zostały wrzucone do jednego wora. Tymczasem w tym wszystkim pominięty pozostaje fakt, że sama autorka w swoich książkach niejednokrotnie wyrażała osądy oraz utwierdzała stereotypy krzywdzące dla innych (np. osób z zaburzeniami osobowości czy osób będących ofiarami przemocy domowej lub seksualnej). Także jej proza delikatnie mówiąc nigdy nie była najwyższych lotów, a sama autorka nie przyjmowała żadnej zdroworozsądkowej krytyki blokując zarówno zwolenników, jak w pełni kulturalnych przeciwników. Nie dziwi wobec tego fakt, że wiele osób poczuło się urażonych, a sam problem, o ile faktycznie istnieje, został zbagatelizowany.

Było, jest i będzie (potrzebne)

Czytając Wielkie nadzieje Dickensa trafiłam na fragment dialogu bohaterów, w którym pada pytanie: co szkodziłoby mi być pospolitym i wulgarnym, gdyby nikt mi tego nie uświadomił? No właśnie, co z tego, że czyjaś wypowiedź, twórczość czy postawa jest w jakiś sposób błędna lub krzywdzi innych ludzi, kiedy on sam nie zdaje sobie z tego sprawy? Czy nie to czasem jest zadaniem krytyki, a także w jakiś nieudolny, prymitywny i głupkowaty sposób także hejtu – uświadamiać innych, że są w błędzie? Powszechnie przecież hejtuje się hejterów i krytykuje krytyków, co samo w sobie wprowadza w ruch błędne koło rzeczywistości, w której wszystko, każdy i zawsze będzie obiektem zarówno pochwał, jak i obelg. Grunt, to umieć odnieść zarówno do jednego i drugiego, a także wszystkiego, co pomiędzy.

Klasyka krytyki, to jednak klasyka

O ile bez hejtu możemy żyć, choć on ewidentnie nie może żyć bez nas, tak krytyka jest rzeczą niezbędną. Otaczając się jedynie pochwałami zalewamy stopy betonem i kiedy trzeba ruszyć naprzód okazuje się, że ten wysechł i nie ma jak. Po sobie widzę ile pożytecznego wyrządziła nawet najostrzejsza krytyka. Mimo łez wylanych z powodu odrzucenia kolejnego tekstu, na który poświęciłam miesiące pracy, czy okrzyknięcia rozczarowaniem czegoś, co wydawało mi się świetne, po czasie, kiedy emocje opadły, zaczęłam dostrzegać jak ważne są negatywne opinie wartościowych ludzi. Jest tak, ponieważ krytyka pozwala oddzielać ziarno od plew, ustalać coraz to lepsze normy czy to tworzenia, czy postępowania. A przede wszystkim sprowadza na ziemię osoby, który same nie potrafią zejść ze szczytu własnego ego. Jak kreskówkowe koty ratowane przez strażaków.

Doskonałym tego przykładem są zmiany zachodzące w języku na przestrzeni wieków. Bo widzicie, w takim XVI wieku pisało się i mówiło zupełnie inaczej. Dla przykładu w dialekcie małopolskim, w którym zresztą pisał sam Kochanowski, zamiast żaba czy szyja wymawiano z tzw. mazurzeniem, czyli zaba oraz syja. W dużym uproszczeniu trwało to sobie, trwało aż nie zaczęto takiej wymowy krytykować. Właśnie, krytykować. Nie chodziło o sam fakt wyśmiania i upokorzenia ludzi mazurzących, a o stworzenie ogólnonarodowego, znormalizowanego i zrozumiałego języka, w którym obowiązywałoby pewne normy. A mazurzenie nie było normą, podobnie jak dziś nie jest normą pisanie w statusach na facebooku muj zamiast mój.

Dowód na krytykę mazurzenia można znaleźć np. w literaturze sowizdrzalskiej, gdzie za pomocą satyry, co robi się także dziś, obśmiewano niepożądane zachowani. Wiecie, co się stało w konsekwencji tego? Nikt już dziś nie mówi zaba czy syja. A mi się na przykład marzy, żeby dzięki systematycznej, rzetelnej krytyce w przyszłości nikt nie dyskryminował kobiet i nie wypisywał niestworzonych rzeczy o ofiarach gwałtów w pierwszoobiegowej literaturze pokroju Gry o Ferrin.

  • Tomasz Lisaj

    Ciężko mi się zgodzić z wpisem. O ile zasadniczo akceptuję kierunek rozumowania, to już podział li tylko na krytykę i hejt, a także wyjaśnienie co za nimi stoi, to droga prowadząca na manowce.

    Przede wszystkim, jest spora pula możliwych reakcji (trzymając się negatywnego stosunku do utworu), oprócz dwóch wyżej wymienionych można np. go nie lubić, uznawać za słaby, szkodliwy, zwalczać, być złosliwym – wszystko w różnych natężeniach. Hejt znajduje się na krańcu skali i – zgodnie z nazwą – zawiera w sobie ładunek agresji, złości, nienawiści, często uderzający w osobę i zazwyczaj mający na celu wywołanie negatywnych emocji u odbierającego. Dlatego też powinien być ignorowany, wzięty w nawias czy wykluczony z dyskursu. Niestety, obecnie coraz częściej wszystkie niewygodne negatywne opinie dostają łatkę hejtu właśnie aby je wykluczyć, uznać za niebyłe.

    Kolejną rzeczą jest rola krytyki. Wbrew tekstowi powyżej, to nie jest dobry wujek, którego zadaniem jest poklepać autora po plecach bądź wskazać, gdzie i jakie błędy popełnił (taka fucha bardziej pasuje redaktorowi). Krytyk stoi między autorem a odbiorcą, oceniając tekst, zwłaszcza na tle innych, podobnych pozycji. Do tego dochodzi wiedza i narzędzia pozwalające przywoływać fakty.
    Często dodaje się również mamiące słowo konstruktywna, sugerujące to co powyżej – że krytyka liczy się tylko wtedy kiedy coś wnosi, w domyśle, że pozwala autorowi się rozwijać, wręcz poprawia mu błędy. No ale właśnie nie – podstawową rolą jest właśnie ocena i interpretacja (im bardziej rzetelna tym lepsza), czyli dostarczenie informacji zwrotnej czytelnikowi, a nie autorowi.

    • Oczywiście, jak najbardziej wszelkie emocjonalne stosunki do utworu powinny zostać uwzględnione. Starałam się przeciwstawić krytykę hejtowi na zasadzie antagonizmów też z powodu tego, jak łatwo te dwa zjawiska myli się ze sobą na korzyść osoby krytykowanej i że mimo ogromu innych reakcji sprowadza się je 1:1. Stąd decyzja o takim uproszczeniu.

      Miałam też na względzie te potoczne rozumienie „hejterów”, czyli ludzi (najczęściej anonimowych) o raczej niskiej szkodliwości, którzy tak o, piszą sobie np. „jesteś gruby i brzydki” albo dzieci na czatach w grach mmo, które „dymają twoją matkę”. Tak w moim odczuciu widzi się stereotypowego hejtera. Wszelkiego rodzaju zastraszania, groźby, czy innego rodzaju praktyki, mające na celu zniszczyć drugą osobę podpięłam już pod zwyczajne przestępstwo. Dlatego właśnie uważam, że hejt może być groźby i jak napisałam „nie wolno mu ufać”, tak jak piszesz, z czym w pełni się zgadzam, należałoby go wykluczyć i ignorować. Niestety przykrości jakie wywołuje sprawiają, że trudno przejść obojętnie, a zjawisko bywa tak silne, że mimo wszystko warto o nim rozmawiać i piętnować.

      Co do krytyki zgadzam się z Tobą, to nie jest dobry wujek. Jeżeli moja relacja jest zbyt jednostronna i idzie ku miłym rzeczom, nie tędy była droga. 🙂 Chodziło mi raczej o próbę zinterpretowania jej z perspektywy twórcy (w kontekście wpisu Katarzyny Michalak właśnie) i chęć wykazania, że to klepanie po pleckach absolutnie nie jest, a wciąż może, chociaż wcale nie musi, przynieść znacznie więcej korzyści niż ono. Ogólnie, że to nie jest ogień i nie poparzy. Bo jak napisałeś, to swojego rodzaju filtr, tworzony nie z myślą o autorze, a o czytelniku własnie. Choć o perspektywie odbiorcy nie napisałam, bo uznałam, że w kontekście wpisu lepiej zająć się krytyką, jako narzędziem w relacji krytyka dzieło twórca. A taka relacja w określonym zakresie ma, w mojej oczywiście opinii, miejsce.

      Zaznaczając aspekt wnoszenia czegoś przez krytykę, nie uważam jednocześnie, że tylko konstruktywna jest istotna. Raczej z perspektywy tworzącego najbardziej widoczna i dlatego na niej się skupiłam. Jeżeli spojrzeć na to wedle twojej oceny, jak najbardziej masz słuszność. Uważam np, że recenzje nie są dla autorów, a czytelników i krytyka także, choć nie pozostaje ona bez wpływu na autora. Szczególnie w przypadku twórcy niszowego, który ma bezpośredni kontakt czy to z krytykami, dziennikarzami, blogerami czy pozostałymi odbiorcami.

      Dzięki za komentarz! 🙂