Wonder Woman, czyli nie każdy dobry film nosi pelerynę

Dziś oficjalna polska premiera filmu, na który wielu czekało z niecierpliwością. Po pierwsze, żeby przekonać się jaka jest przyszłość filmowego uniwersum DC, które po trzech nieudanych filmach i odejściu Zacka Snydera z planu Ligi Sprawiedliwości, zdawało chwiać się w posadach. Po drugie, żeby z zaciśniętymi kurczowo kciukami zasiąść w kinie i przekonać się, że tym razem będzie inaczej, że Wonder Woman okaże się udanym i satysfakcjonującym widowiskiem. Jako osoba, która do księżniczki amazonek ma sentyment i darzy ją wielką sympatią, z radością i obawą przyglądałam się kolejnym informacjom odnośnie do filmu. Potem jednak pojawiły się pierwsze oceny krytyków (96% na RT było dla mnie prawdziwym zaskoczeniem) i w spontanicznym zrywie, pełna nadziei udałam się do najbliższego kina na przedpremierowy pokaz.

Wyspa Amazonek i kiepskiego CGI

Dianę poznajemy jako małą dziewczynkę o ognistym temperamencie i naturze psotnika. Zachwycona treningiem themyskirskich wojowniczek, wbrew zakazom matki – królowej Hippolity (Connie Nielsen), sama zaczyna uczyć się sztuki władania mieczem. Jako mentorka towarzyszy jej niezrównana Claire Underwood, znaczy się Antiopa (Robin Wright). Wszystko było by więc okej, gdyby ne pierwszy problem filmu, a mianowicie niepotrzebne, szczodrze sypane na niemal każdą scenę CGI. Jako że Antiopę i jej wojowniczki oglądaliśmy w trakcie pojedynków było go tam wyjątkowo dużo. Nie oszczędzano także na slow motion i nawet podniesienie tarczy w trakcie jazdy konnej musiało odbyć się z użyciem potrójnego salta w tył zakończonego piruetem puszczonym w zwolnionym tempie. Jakby twórcy zapłacili gościom od efektów nie za jeden film, a trzy i musieli gdzieś te ich cuda poupychać. Strasznie to kiczowate i nie raz, nie dwa zaśmiałam się w momencie, który miał uchodzić za dramatyczny.

Trzeba przyznać, że nie ważne w jakiej charakteryzacji, Robin Wright zawsze sprawdza się w roli największego badassa
Trzeba przyznać, że nie ważne w jakiej charakteryzacji, Robin Wright zawsze sprawdza się w roli największego badassa

Moje negatywne doświadczenia związane z efektami specjalnymi w Wonder Woman brały się też stąd, że w trakcie skoków do wody czy akrobacji na koniach plastikowość postaci aż biła po oczach. Czy dziś naprawdę nie da się już nakręcić dobrej sceny walki bez green screena? Spoiler alert: da się. Tylko po co? Z czasem szło się do tego przyzwyczaić i chociaż sztuczne tło bawiło, to nie przeszkadzało specjalnie w odbiorze filmu. Same zdjęcia na Themyscirze zrealizowano poprawnie. Czuło się, że jest to świat egzotyczny i dziewiczy, wyrwany zupełnie z koła czasu. Takie operowanie stylistyką oraz kolorami, to naprawdę miła odmiana w porównaniu z Batman v Superman, Man of steel czy nawet Suicide Squad. Miło, że twórcy przestali się wstydzić komiksowego rodowodu i pozwolili bohaterom poużywać czadowych gadżetów, jak chociażby rozpoznawalnego lassa. W dodatku filmowe Amazonki to najprawdziwsze badassy, aż miło było popatrzeć.

Gal Gadot to naprawdę wdzięczna i harda Wonder Woman
Gal Gadot to naprawdę wdzięczna i harda Wonder Woman

Podczas gdy cudaczne akrobacje podsycone asshotami szły w przesadę, bardzo ładnie budowano relację między poszczególnymi bohaterkami. Szczególnie jeśli chodzi o trójcę pierwszego aktu, czyli młodą Dianę, królową Hippolitę i Antiopę. W Wonder Woman mamy do czynienia z klasycznym konfliktem rodzic, który chce za wszelką cenę ochronić swojego potomka przed światem, i dziecko, które pragnie wyruszyć w podróż, by ten świat ratować. Przy okazji bez niezręczności nawiązano do korzeni mitologicznych fabuły i pochodzenia Diany, a także wątku, który ze wszystkich podobał mi się najbardziej. Mianowicie rozwoju poglądu na moralność początkowo naiwnej księżniczki i wiary w czarno-biały podział świata, która pod wpływem doświadczeń poza Themyskirą blednie.

Wonder Woman poznaje Londyn

Jak wiadomo akt pierwszy musi kiedyś dobiec końca, a więc potrzeba przełamania. Tutaj pojawia się uratowany przez Dianę brytyjski szpieg Steve Trevor (Chris Pine). Trzeba Pinowi oddać, że jego charyzmatyczna, wyluzowana postać nie raz, nie dwa kradnie całe show. Trevora nie da się nie lubić. To jeden z bohaterów, do którego widz bardzo szybko się przywiązuje i równie trudno się z nim rozstaje. Nie ujmując niczego Gal Gadot, sprawdzającej się w roli Wonder Woman naprawdę dobrze, to Pine błyszczy w dialogach i monologach. Szczególnie w końcówce filmu, kiedy tłumaczy Dianie, że zło wcale nie musi brać się z zewnątrz, a siedzi w ludziach. Pine był w tym tak bezpretensjonalny i autentyczny, że równie dobrze mógłby zacząć cytować Nietzschego, a nikt nie zauważyłby różnicy. Szkoda, że ostatecznie trywialne i głupkowate przesłanie filmu z cyklu miłość zwycięży wszystko zepsuło budowany od początku efekt oddziaływania realiów I Wojny Światowej na osobowość Diany.

Zderzenie się feministycznego świata amazonek i patriarchalnej rzeczywistości Londynu wyszło naprawdę zabawnie i ciekawie
Zderzenie się feministycznego świata amazonek i patriarchalnej rzeczywistości Londynu wyszło naprawdę zabawnie i ciekawie

Wracając jednak do fabuły Wonder Woman, to własnie Trevor stanowi łącznik między Dianą, a światem zewnętrznym. Co ciekawe podczas ich rozmowy na łodzi, kiedy światopogląd Amazonki zderzył się z męską wizją żołnierza, kinowa widownia (a ja razem z nią) wybuchała szczerym śmiechem. Bo widzicie, Wonder Woman to pierwszy film DC od bardzo dawna, który jest momentami naprawdę zabawny. I to w zupełnie niewymuszony sposób. Nie wszystko wychodzi, widać starania ponad potrzebę i zbędne sceny, ale w ostatecznym rozrachunku spuszczenie z tonu było właściwą decyzją. Jest również chemia między członkami obsady, a romans między Dianą i Trevorem wypada wiarygodnie. Na marginesie dodam, że pojawiło się nawet bezpośrednie nawiązania do sceny na motorze ze Star Treka z udziałem Pine’a i to także było okej. Wonder Woman okazuje filmem, który nie boi się odniesień do popkultury i jednocześnie nie wpycha ich widzowi do gardła.

Zdjęcie, które stało się punktem wyjścia dla połączenia Batman v Superman i Wonder Woman. Takie nienachalne odniesienia do uniwersum i sprytne rozwiązania mogłoby pojawiać się w filmach DC częściej.

Towarzysząca Dianie i Trevorowi w trakcie przyjazdu do Londynu Etta (Lucy Davis), to kolejny jasny punkcik na firmamencie. Bardzo podobały mi się comic reliefy z jej udziałem i żałuję, że nie dano Ettcie więcej czasu ekranowego. Pozostała część paczki wagabund ratujących świat wbrew rozkazom zadufanego dowództwa, także wypada niezgorzej. Jedyne, co raziło to podniesiona do granic absurdu stereotypowość: Szkot walczący w kilcie (Ewen Bremner jako Charlie), Turek w fezie (Saïd Taghmaoui jako Sameer) i Indianin jaki jest każdy widzi (Eugene Brave Rock jako Wódz). Jeżeli jednak wziąć poprawkę na konwencję, w jakiej utrzymana jest Wonder Woman, wszystko pozostaje w ramach poprawności. Podobnie jak poprawne, a momentami nawet bardzo dobre, były sceny akcji z udziałem Diany w pełnym rynsztunku. Żałuję tylko, że najlepszą pokazali w zwiastunie i poza jatką w belgijskiej wiosce tak naprawdę nie miało co wgniatać człowieka w fotel.

Straszna wojna i zły charakter bez charakteru (za to z wąsem)

Kiedy Wonder Women pojawiła się na bankiecie, nie mogłam powstrzymać śmiechu. Serio, jak ona trzyma tam ten miecz i jest jeszcze w stanie tańczyć?!

Ze względu na umiejscowienie akcji Wonder Woman w czasie I Wojny Światowej, twórcy musieli obrać jakiś kierunek w kreowaniu zniszczonej wojną Europy. Idąc najwyraźniej w stronę mrocznych, ciężkich peleryniarzy z Batman v Superman pozostano przy tejże. Skupiono się przede wszystkim na zobrazowaniu okrucieństwa walki, której pokłosiem są nie tylko ogromne starty na froncie, ale także śmierć niewinnych ludzi. Nie obawiano się nawet pokazać, choć w dość łagodny sposób, działania gazu musztardowego na cywilach. Z jednej strony mamy więc załamanych żołnierzy, kroczących o kulach, z poodrywanymi kończynami, a z drugiej świecące lasso i księżniczkę Amazonek z egzotycznej wyspy, która okłada się na pięści z mitycznymi istotami. Momentami strasznie to zgrzytało.

Przy temacie gazu musztardowego należałoby się na chwilę zatrzymać, ponieważ to on jest motorem napędowym fabuły. A raczej próba uniemożliwienia wykorzystania go w walce przez parę antagonistów – Ludendorffa (Danny Huston) i dr Maru (Elena Anaya). Zarówno niegodziwy generał, jak i zła do szpiku kości naukowiec wypadają strasznie sztampowo. Głownie dlatego, że na siłę bazgrano po nich czarną kredką, byle tylko wydali się jeszcze bardziej schwartz. W pewnym momencie nawet oboje zaśmiali się demonicznie, unosząc ramiona w geście dominacji. Aż poczułam się jakby wróciła na kina superbohaterskiego lat 90. i przeszedł mnie dreszcz żenady. Wobec okrucieństwa walki i namacalnego zła, które stało za ich zbrodniami, wypadło to nad wyraz pretensjonalnie i było zwyczajnie niepotrzebne. Ich motywacje oraz działania też niewiele mnie obchodzi, Spokojnie mogą więc dołączyć do kolejki pod szyldem Antagoniści do zapomnienia.

Tak na marginesie zapytam, czy też zauważyliście, że gaz musztardowy stworzony przez dr Moru przypominał kolorem tę pomarańczową mgiełkę z plakatów Wonder Woman? Jeżeli tak, to w kontekście nadania grafice koloru, to trochę niezręczne.

TUTAJ SPOILERY:

Z głównym przeciwnikiem w Wonder Woman związany jest jeszcze jeden i najważniejszy problem filmu – wąs. Ten przeklęty wąs! Dla tych co nie oglądali, to nie generał i naukowiec byli głównymi antagonistami. Tylko Ares. Grecki bóg wojny, który wyglądał jak pan Zdzisiu uczący matematyki w technikum. Wąs Lupina, znaczy się sir Patrika (David Thewlis), wystający spod metalowej zbroi z CGI to dla mnie zbyt wiele. Naprawdę zniosłabym wszystko, ale to zepsuło cały finał. Sam twist zresztą był do bólu przewidywalny. Wystarczyła jedna wymiana zdań i szczypta ekspozycji, żeby w mgnieniu oka zorientować się, kto jest prawdziwym złym.

Coś poszło bardzo, ale to bardzo nie tak

Także intryga pozostawia wiele do życzenia. Nie mówiąc już o końcowej walce, w której nie istnieje pojęcie logiki i nikt nawet nie stara się budować napięcia. Można by streścić całość pisząc, że CGI nawala po pysku CGI z oczywistym dla widza skutkiem – nudą. Mało to było satysfakcjonujące, ale jednocześnie przebijało o głowę poziom prezentowany w Batman v Superman, czy Suicide Squad. Pierwsza połowa filmu naprawdę miała wszystko, czego było trzeba do dobrego zakończenia: ciekawą fabułę i łapiących za serce, świetnie zagranych bohaterów. Szkoda, że nie wykorzystano w pełni potencjału, który stał za historią konfliktu z Aresem.

Podsumowanie

Powiem tak: po Men of Steel byłam przekonana, że jeszcze będzie lepiej, a po Batman v Superman niemiłosiernie wkurzona. Mimo wszystko miałam nadzieję na poprawę, bo i do trzech razy sztuka. Kiedy poszłam do kina na Suicide Squad załamałam ręce i przestałam czekać na kolejne filmy od DC. Całe szczęście okazało się, że przysłowia nie zawsze dają rade i dopiero czwarty raz chociaż połowicznie oferował mi to, na co czekałam przez cały ten czas.

Wonder Woman w reżyserii Patty Jenkins nie jest filmem wybitnym, jest za to dobrym popcorniakiem, momentami balansującym na granicy przeciętności. Ma jednak asa w rękawie, którym jest pierwsza komiksowa bohaterka z własnym, pełnometrażowym i przede wszystkim udanym origin story. Po fatalnej Kobiecie Kot i Elektrze kino, a także ja, bardzo tego potrzebowaliśmy. Gal Gadot odwaliła kawał dobrej roboty, dając nam Wonder Women na miarę budżetu Warner Bros. Biorąc pod uwagę, że jest to pierwszy udany film z najnowszego uniwersum DC, winszuję przełamania lodów. W skali od Batman v Superman do Kapitana Ameryki: Civil War stawiam Wonder Woman w połowie drogi, bo wciąż pozostaje wiele do zrobienia, ale nie dość, żeby tego filmu nie docenić.

  • Zgadzam się, że „Wonder Woman” to film przeciętny, ale z drugiej strony rozumiem wszystkich zachwyconych, którzy przeżyli pozytywne zaskoczenie po poprzednich filmach z uniwersum DC,. Wszystko zależy od punktu odniesienia, jeśli porównamy „WW’ z takim „Suicide Squad” na przykład, to najnowszy film prezentuje się jako arcydzieło. No ale z kolei jeśli weźmiemy na warsztat „Kapitana Ameryka” albo „Thora”, tego pierwszego (czy tylko ja widzę podobieństwo 😀 ?), to raczej „WW” wypada mocno poniżej przeciętnej.
    PS: Obrazek z mieczem na plecach absolutnie mnie rozwalił 🙂