Unbreakable Kimmy Schmidt, czyli współczesny teatr absurdu

Zwykle unikam komedii, a kiedy już zdecyduję się po nie sięgnąć, to na pewno nie zobaczycie mnie oglądającej Straszny Film. Szaletowy, studencki i oparty na najniższych instynktach humor wywołuje u mnie raczej zażenowanie, niż śmiech. Można powiedzieć, że mam kij w tyłku, jasne. Ale nie zmieni to faktu, że uwielbiam wszystko, co wyszło pod szyldem Monty Pythonów. Stawiając więc brytyjską szkołę rozbawiania widza, nad amerykańską nieanimowaną podchodziłam do Unbreakable Kimmy Schmidt, jak pies do jeża. Tymczasem okazało się, że wyprodukowana przez Netflixa opowieść o dziewczynie z bunkra ma do zaoferowania znacznie więcej, niż tylko kilka prostych i chwytliwych żartów.

Współczesny teatr absurdu

To określenie pojawiło się po raz pierwszy w 1961 r. w książce Martina Esslina pod tytułem The Theatre of the Absurd. Sam nurt istniał już pod koniec XIX wieku, a tym, co go wyróżniało było wprowadzanie do niemal realistycznie zarysowanej sytuacji elementów parodii i groteski. Łączono sprzeczności, odwracając o sto osiemdziesiąt stopni ich znaczenie. Przez to sytuacja tragiczna bawiła, natomiast komizm stawał się nośnikiem treści o charakterze tragicznym. Bohaterów kreowano jako bezbronnych wobec świata. Ich istnienie w absurdalnej rzeczywistości nie miało sensu. Teraz przenieśmy to, co wiemy w czasy współczesne i dorzućmy do tego stylistykę sitcomu. Co wychodzi? Historia kobiety, która po porwaniu przez szalonego kaznodzieję przez piętnaście lat mieszkała w bunkrze, a teraz próbuje ułożyć sobie życie. Robi to w centrum Nowego Jorku. U boku geja, marzącego by grać w musicalach Disneya, stukniętej właścicielki mieszkania i bajecznie bogatej, ale oderwanej od rzeczywistości pracodawczyni.

Od lewej Gretchen Chalker (Lauren Adams), Kimmy Schmidt (Ellie Kemper), Cyndee Pokorny (Sara Chase) i Donna Maria Nuñez (Sol Miranda)

Unbreakable Kimmy Schmidt wybija się ponad produkcjami komediowymi oryginalnością. W bunkrze trwa gra psychologiczna między porywaczem i jego ofiarami, ale przypomina raczej Monopoly, niż rosyjską ruletkę. Twórcy nie pokazują horroru, ani okropności bycia porwanym, kreując w ten sposób sytuację tak nieprawdopodobną, że aż śmieszną. Przy tym wychodzą z założenia, że wszystko jest metaforą. Bunkier także. W końcu każdy z nas ma takie swoje więzienie, z którego bardzo chciałby się wydostać, ale siedzi w nim tak długo, że jakakolwiek zmiana wydaje się nie do przyjęcia. Kiedy już wyczołga się na zewnątrz, okaże się, że można człowieka z bunkra wyrwać, ale bunkier z człowieka już nie. I jak sobie z tym radzić? Twórcy mówią: śmiejąc się z tego.

We flashbackach Kimmy (Ellie Kemper) z okresu porwania poznajemy: Gretchen Chalker (Lauren Adams), Cyndee Pokorny (Sara Chase) i Donnę Marię Nuñez (Sol Miranda). Każda z kobiet reprezentuje inny stereotyp. Donna Maria, meksykańska pokojówka, która przez piętnaście lat przetrzymywania w bunkrze nie nauczyła się angielskiego. Gretchen, która w zasadzie nie ma nic przeciwko uwięzieniu, bo kocha sekty i sama przyłączyła się do wielebnego. Widz nie jest więc ani zażenowany tematyką, ani też przerażony, ponieważ nie ogląda prawdziwych ludzi, a archetypy. Otwiera to twórcom furtkę do zabawy naprawdę niecenzuralnym i niewybrednym żartem, przy jednoczesnym puentowaniu odcinków w pozytywny sposób.

Don Draper po godzinach nie tylko bałamuci ładne panny, ale też zamyka je w bunkrach, żeby mieć komu opowiadać o mrocznym bliźniaku Jezusa

Na wspomnienie zasługują także wstawki musicalowe w wykonaniu Titusa Andomedona (Tituss Burgess) i żywcem wzięte parodie teledysków. W Unbreakable Kimmy śpiewa się więc o zdradzie i bólu, ale robi to w kostiumie robota i z uśmiechem na twarzy. Wszystko z ironią i dystansem. Pomagają w tym świetne kreacje aktorskie. Każda z postaci w swoim kokonie absurdu jest jednocześnie w pełni autentyczna. Z czasem zaczyna się odbierać ich przerysowane zachowania, jako coś naturalnego. W ten sposób Richard Wayne Gary Wayne staje się czarnym charakterem, który nie straszy, a wkurza. Tak samo, jak wkurzał bohaterki w bunkrze. Coś niby ten łobuz ze starszej klasy, który któregoś razu ukradł ci kanapkę. Jon Hamm, którego najpewniej znacie z Mad Mana, jest cool, ale jednocześnie chce się go udusić. Na takiej konstrukcji zbudowany jest cały świat przedstawiony w serialu.

Do baru wchodzi gej, żyd i dziewica

Jeżeli uważasz, że nie da się w jednym żarcie nawiązać do opowieści wigilijnej, śmierci, przyjaźni i polityki Obamy, to jesteś w błędzie. Żartować można oczywiście ze wszystkiego, choć nie zawsze się powinno. I lepiej wiedzieć jak, bo łatwo osiągnąć odwrotny skutek. W Unbreakable Kimmy Schmidt zwykle się to udaje. Nie dlatego, że niesławny terror poprawności politycznej zawiązał wszystkim języki, ale dzięki odpowiednim proporcjom. Komizm w serialu opiera się głównie na grze słownej i parodii. Nie ma tam wulgaryzmów, obsceniczności, a najbardziej obrzydliwa rzecz na jaką się natknęłam, to spijanie potu z cudzych włosów. Równowaga zostaje zachowana także dzięki tonowi, w jakim utrzymane są żarty. Wcale tam się nie folguje mniejszościom czy większościom i każdy obrywa po równo. Czy to feministki, poprawność polityczna, antypoprawność polityczna, żydzi, katolicy, biedni, bogaci, czy czarni i biali. Twórcy wyciągają na wierzch najgorsze, co wszelka ideologia oraz każde zachowanie ma do pokazania. Jeżeli więc obśmiano coś czego nie lubisz, lepiej przygotuj się, że zaraz dostanie twój sposób życia.

Takie podejście mi się podoba. Ogólnie forma trafia w moje poczucie humoru, ale wiadomo, z tym bywa różnie. Dla łatwych do urażenia nadmienię, że z sezonu na sezon serial robi się bardziej delikatny. Również poziom samego show zmienia się z czasem. Przypomina to sinusoidę, ponieważ są epizody naprawdę dobre, a także takie, które przy dłuższym oglądaniu potrafią zmęczyć. Kiedy zaczyna wiać nudą na ratunek przychodzą sami bohaterowie, ponieważ to ich zachowania wpływają na fabułę, nie odwrotnie. Zmieniają się, rozwijają albo też cofają, by zostać, jak to określił Titus Andromedon, moralnym płodem. Każda z drugoplanowych postaci jest na tyle wyrazista, że spokojnie można by poświęcić im całe epizody. Bywa, że wybijają się ponad tytułową Kimmy Schmidt, ale jest ona na tyle pozytywna i przyjemna, że widz nie ma za złe powrotu do głównego wątku. Nie zdziwiłabym się, gdyby w przyszłości Jacqueline Voorhees alias Jacqueline White (Jane Krakowski) dostała własny serial.

Kimmy Schmidt parodiuje Amerykę

Najsilniejsze działa zostają wymierzone w rzeczywistość amerykańskiego odbiorcy. Unbreakable Kimmy Schmidt aż kipi od nawiązań do polityki, gospodarki i show biznesu Stanów Zjednoczonych. Nie wszystkie jestem w stanie wyłapać, ale na szczęście lepiej niż tamtejsze realia znam popkulturę. Nie raz więc uśmiechnęłam się pod nosem, a nawet ryknęłam w głos, widząc jak wpleciono w sceny smaczki ze światka pop. Licznie odwoływano się chociażby do Mapetów. Scena, w której facet odpowiedzialny za angaż do show dla dzieci nazwiskiem Lonny Dufrene okazuje się gwałcicielem i swoją gwałcącą pacynką chce wykorzystać Titusa to mocny, ale nie jedyny przykład. Jest nawet tajemnicze zakończenie jednego z odcinków w drugim sezonie, gdzie pojawił się napis Ku pamięci Arta Smelly’ego (1932-2015). Dla jasności, nie ma kogoś takiego, jak Art Smelly. Tutaj możecie o tym poczytać.

A teraz zagadka, jaki talk show wam to przypomina?

Serial odbija w krzywym, chociaż wcale nie tak mocno zniekształcającym, zwierciadle także talk showy. Obnażając zakłamanie biznesu rozrywkowego pokazuje prezenterów i widzów, którzy cieszą się z oglądania ofiar, bo to nabija wyświetlenia. Cały proces o porwanie jest wyśmiewaniem amerykańskich crime story z początku XXI wieku, które późną porą leciały na CBS. Unbreakable Kimmy Schmidt komentuje także rozwijające się media i jest jednym z niewielu tytułów, w którym życie online stanowi ważny element rzeczywistości. Sam serial parodiuje zresztą stworzone w sieci trendy i zachowania, przykładem może być już samo intro:

Ważnym wątkiem jest podejście do życia Kobiet-kretów, jak nazywane są uratowane z bunkra ofiary wielebnego. Widz otrzymuje cztery różne reakcje ludzi na sławę. Jedni spróbują ją wykorzystać, by zarobić, inni będą cieszyć się samą rozpoznawalności. Tymczasem Kimmy o złotym sercu nie będzie mogła poradzić sobie z tym, że ludzie widzą w niej nie osobę, a tą dziwną babkę-kreta z bunkra, o której możesz obejrzeć śmieszny film na youtubie. Bo tak przecież się dzieje, odczłowiecza się w ten sposób ofiary. Pewne postawy mają przełożenie jedynie na amerykański grunt, gdzie jak wiadomo do prywatności podchodzi się zupełnie inaczej niż u nas. Mimo tego w Stanach nie obyło się bez kontrowersji. W jednym z odcinków Unbreakable Kimmy Schmidt wprowadzono postać zniekształconego i zafiksowanego chirurga plastycznego. Jego charakterystyczny wygląd nawiązywał do prawdziwego doktora i celebryty Fredrica Brandta, który jakiś czas później popełnił samobójstwo. Z powodu niefortunnej parodii media próbowały połączyć ją z tragiczną śmiercią dermatologa. Twórcy nie odnieśli się do zarzutów.

Trudno odmówić obu doktorom podobieństwa i twórcom braku łaskawości w portretowaniu znanych osób

Podsumowując

Jako serial komediowy Unbreakable Kimmy Schmidt sprowadza się dobrze. Jako ciekawa i wciągająca historia jeszcze lepiej. Przyznam, że naprawdę przywiązałam się do Kimmy, Lilian, najlepszego na świecie Titusa i Jacqueline. Mają w sobie tyle potencjału, że materiału starczyłoby spokojnie jeszcze na kilka sezonów i mam nadzieję, że twórcy nie odpuszczą po trzecim. Jednocześnie nie brakuje w serialu momentów balansujących na granicy dobrego smaku. Budzą one zdecydowanie bardziej skrajne reakcje za oceanem, jak widać po powyższym przykładzie. Odcinając się jednak od całej pozaserialowej otoczki, można śmiało zakwalifikować Unbreakable Kimmy Schmidt jako jedną z bardziej udanych produkcji Netflixa.