Spalić wiedźmę, czyli gdzie się zaczyna Mary Sue

Lubię książki debiutantów. Zwłaszcza rodzimych. Czyta się je zupełnie inaczej niż te od starych wyjadaczy, czy chociażby zaprawionych w bojach szermierzy pióra. Taka młoda krew bywa odświeżająca i chociaż niejednokrotnie niesie ze sobą większe ryzyko błędu, to dobrze jest doświadczyć niedoświadczonego. Dodatkowo takie zbliżenie z twórczością na wczesnym etapie pomaga budować lub też zrównać z ziemią szanse na przyszłą relację z pisarzem. Tym razem moją randką w ciemno, jako że nie sięgałam wcześniej po opowiadania autorki, okazała się Sara Weronika Sokolska ze Spalić Wiedźmę. Wierzcie lub nie, ale ta Piekielnica przyprawiła mi nie lada problemów i kiedy nasza krótka przygoda dobiegła końca, należałoby choć kilka z nich określić, a następnie spróbować rozwiązać.

Każda Wisła ma dwa brzegi

Spalić wiedźmę jest książką bardzo bezpieczną. Nie wychodzi poza ramy gatunku. Mamy więc urban fantasy, którego akcja skupia się wokół Krakowa, a w centrum zamieszania charyzmatyczną bohaterkę nazwiskiem Sara Weronika „Sanika” Sokolska. Jak przystało na literaturę rozrywką w powieść wtłoczono kilka mniej lub bardziej udanych zwrotów akcji, prostą, ale wcale niezgorszą intrygę i kreślonych grubą kreską bohaterów. Autorka pokusiła się także o stworzenie alternatywnej wersji Polski, tudzież Polanii, przez którą płynie nie Wisła, lecz Vistula. To często spotykany, ale i lubiany zabieg. Z różnych względów przystają na niego autorzy i chętnie chłoną czytelnicy. Pisanie historii na nowo daje większe pole do popisu, pozwala pogdybać i nadać dobrze znanym miejscom zupełnie nowe znaczenie.

Dostajemy więc wiek, jak najbardziej XXI, z telefonami, telewizją i całym ustrojstwem właściwym dla doczesności, gdzie rządy sprawuje król Julian Łukomski, na uniwersytetach uczy się magii, a w klubie łatwo natknąć się na pomniejszą boginkę słowiańską. Tło polityczne w powieści praktycznie nie istnieje i zanim poddałam się po dziesiątej próbie zrozumienia praw, na jakich Polania w ogóle jest w stanie funkcjonować, zorientowałam się, że minęło cztery piąte książki i niczego się na ten temat nie dowiem.

Ta wizja do samego końca nie przestawała zgrzytać i przyznam, że ilekroć przychodziło do opisów dworskiego życia czy obyczajowości dręczyło mnie pytanie: zaraz, zaraz, ale jak to? Bierze się to stąd, że świat wykreowany w Spalić Wiedźmę jest przedstawiony skrótowo. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest pretekstowy. Na plus nadrabiają to jedynie wplecione w narrację oraz dopowiedziane w przypisach anegdoty o dziejach Polanii. Z tym, że nie podoba mi się wyrzucanie „historyjek” poza narrację, bo niby dlaczego o fikcyjnych wydarzeniach związanych tylko i wyłącznie z fabułą tej książki opowiadać na marginesach? To wszystko można by spokojnie wpleść w tekst.

O bezbarwnych charakterach i Smoku Wawelskim

Spalić Wiedźmę wpisuje się w trend ożywiania popsłowiańskość we współczesnej odsłonie. Wiecie, boginie płodności ubrane jak hipsterzy, mieszkające pod metrem demony i członkowie sił specjalnych narzynający z karabinów do nieumarłego plugastwa rodem z nadwiślańskich chat. Sposób w jaki Kubasiewicz wykorzystała lokalny koloryt i przerobiła przekazywane od pokoleń historie o Twardowskim, nożu w Sukiennicach i Smoku Wawelskim nie są niczym nowym, a dzięki chociażby Legendom Allegro miały także swoje pięć minut w innym medium, niż książka. Są także przyjemnym smaczkiem, nadają całości swojskiej atmosfery, mimo że akcja rozgrywa się w centrum Krakowa.

Spalić Wiedźmę idzie się za główną bohaterką, rozdział po rozdziale poznając rozwinięcie bliskich kulturowo motywów i interesujące wykorzystanie legendarnych postaci. Tylko dokąd tak naprawdę ona zmierza? Wraz z końcem lektury zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie było o jedno czy dwa odniesienia za dużo. Powinny one w końcu wzbogacać tekst, jak dopełniająca całość biżuteria. Tymczasem nie opuszczało mnie wrażenie, że na poczet wplecenia w tekst możliwie wielu spycha się na dalszy plan istotniejsze elementy. A skoro legend mamy dużo, to czego zwyczajnie brakuje? Na początek mniej sztampowego czarnego charakteru i dokończenia wątków, które zostały porzucone zaraz po wprowadzeniu. Najbardziej dobitnym przykładem niech będzie rozdział poświęcony profesorowi historii magii. Postać, której poświęca się rozdział musi być przecież istotna dla fabuły, no nie? Tymczasem poza samą wzmianką, że faktycznie coś się z nim stało i początkowym zainteresowaniem Saniki, niczego się nie dowiadujemy o jego późniejszych losach.

Chętnie także przeczytałabym więcej o samym przeciwniku Pierwszej Czarownicy, ponieważ zarówno jego geneza, jak i motywacja zostały przedstawione tak powierzchownie, że zarówno on oraz związane z nim zagrożenie są niewiarygodne i mało czytelnika obchodzą. Od momentu zawiązania intrygi Nocny Król fascynuje, chce poznać jego zamiary, dowiedzieć kim jest. Może kimś z otoczenia Saniki? A potem, bum, dochodzi do starcia i wieje rozczarowaniem. Nie zmienia się to nawet po enigmatycznych zapowiedziach, wedle których nastąpiła inflacja mocy i Nocny Król wcale nie stoi szczycie łańcucha pokarmowego złoczyńców.

Jeżeli chodzi o drugoplanowych bohaterów, dzielą się oni na dwie kategorie. Pierwsza to Lidia Skibińska, przerysowana, niemal komiksowa, ale otrzymało dość miejsca, by nabrać charakteru. Druga to magowie albo cała reszta, giną w tłumie. Inaczej sprawa ma się z królem Julianem, władcą Polanii i bliskim przyjacielem Saniki. Niepotrzebnie egzaltowany, bez autorytetu, nikt tak naprawdę nie bierze go na poważnie, więc czemu ja mam to robić? Jego humory, ciągłe krzyki i brak zorientowania, co się w ogóle w jego królestwie wyprawia, uczyniły z monarchy najbardziej irytującą postać w całej książce i jestem przekonana, że nie było to zamierzone. Mam z nim też zresztą inny kłopot i to natury dość osobistej. Przez całą książkę, ilekroć został wspomniany, miałam przed oczami pewnego lemura. Tego, co lubi wyginać śmiało ciało. Bo przecież król Julian jest tylko jeden, prawda? A nawet jeśli nie, to ten z ogonem jest zdecydowanie lepszym władcą.

Spalić Mary Sue

Deser zostawiam na koniec, a jak to w powieściach rozrywkowych bywa, jest nim właśnie główny bohater. W końcu od samego początku to on jest tym, który przyciąga uwagę i dla którego grzebie się widelcem w rozgotowanym groszku. Zdarza się, że autor przesłodzi lub przesoli i czytelnik długo ma potem niesmak. Gorzej, kiedy postać jest zupełnie niestrawna i po kilku kęsach kończymy z bólem brzucha. Nie tym razem moi drodzy, nie tak do końca. Spalić Wiedźmę ma swoje wady, pewnie, ale nie brak tej książce zalet i tu muszę przejść do ofensywy, ponieważ w recenzjach obok Saniki niejednokrotnie pojawiał się zarzut, że jest ona niesławną Mary Sue. Z ciekawości zrobiłam test, który możecie znaleźć na tej stronie i wiecie co? Niemal zabrakło skali, ale ja zaczęłam się zastanawiać czy faktycznie można mówić o marysuatowatości w przypadku powieści Kubasiewicz.

Opiszmy sobie Sanikę, jej infantylne zachowania i dostosowany do tego ubiór, bo i kogo przypomina z aparycji? Zbuntowaną nastolatkę, nie ponad trzydziestoletnią kobietę. Chodzi w wymiętych koszulkach, podartych spodniach, ma czarne włosy, czerwone usta i fioletowe oczy. Lekceważy sobie etykietę, obowiązki, nawet polecenia samego króla (nie ona jedna). Od frontu, inaczej mówiąc prologu, policzkuje czytelnika głupimi odzywkami. Jest, jakby to dzisiaj powiedziała młodzież, edgy. Do tego dochodzi niewyparzony język, cynizm, buńczuczność i ośli upór.

Sara ma za sobą też obowiązkowe ciężkie dzieciństwo i chociaż zupełnie nie nadaje się na żadne wyższe stanowisko, to zajęła wakat Pierwszej Czarownicy Polanii, najważniejszego maga w całym królestwie. Jeżeli wciąż nie brzmi to jak bycie Mary Sue, to dodam jeszcze, że chociaż nie została wyszkolona przewyższa mocą wieloletnich profesorów magii. Taka siła zamknięta w niezgorszym ciele, to nie lada chrapka nawet dla czarnego charakteru, który nie pozostaje wobec niej obojętny. Widzicie ją oczyma wyobraźni? Okej, to teraz wyobraźcie sobie, że jest bohaterem męskim.

Przy prowadzonej kiedyś dyskusji wpadł mi w oko komentarz, niestety nie pamiętam gdzie i przez kogo napisany, że kiedy mężczyzna jest sarkastyczny, to jest cool. Natomiast kiedy dokładnie ta sama wypowiedź pada z ust kobiety zostaje okrzyknięta zimną suką. Pomyślałam sobie, hej, ile razy słyszy się o Mary Sue, a tymczasem po literaturze popularnej panoszy się tylu Garych Stue, że aż głowa mała i to nie jest pierwsza rzecz, o jakiej krzyczą w recenzji. Im jakby się to wybacza. Przymyka się oko na to, że są synami demonów, mają wielkie miecze, muskuły, są chamscy do bólu, wszystko im wychodzi, a kobiety same rzucają im się do stóp. Tymczasem nieszczęsna Sanika musi borykać się z konsekwencjami bycia zwyczajnie przerysowaną spoko postacią kobiecą.

Wraz z końcem prologu, który jest najsłabszą częścią powieści, bohaterka Spalić Wiedźmę przestaje działać na nerwy i przyciąga charyzmą. Nadnaturalne cechy i wizerunek znajdują wytłumaczenie fabularne. Wprost jest powiedziane, że postrzegana jako edgy nastolatka i mentalna smarkula łatwiej oszukuje przeciwników, ponieważ ci nie doceniają jej mocy. I wiecie co? Ja to kupuję. Wezmę nawet do zestawu te jej fioletowe oczy i wytykanie języka do ludzi, bo wraz z rozwojem fabuły wypada ona coraz lepiej na tle wielu innych bohaterek.

Najważniejsze jest założenie, że mamy do czynienia właśnie z powieścią rozrywkową. Lekką i przyjemną. Sanika doskonale wpasowuje się w naciąganą rzeczywistość Polanii. Czytelnik jej kibicuje, a czy robiłby to wciąż gdyby była mniej dziwaczna, mniej potężna i mniej sarkastyczna? Myślę, że nie. Myślę, że określenie Mary Sue jest tu nadużyciem i jest ono nadużywane w ogóle, kiedy w grę wchodzą bohaterki nieidealne, ale również niezwyczajne, przyciągające uwagę. Takie, które w męskim wydaniu byłyby lubianymi protagonistami popularnej powieści przygodowej, natomiast przez swoją płeć okazują się dla niektórych źle napisanymi hybrydami kiepskiego smaku i braku umiejętności.

Podsumowanie

I tym razem przy debiucie nie obyło się bez kiwania głową, ale obok krytycznych uwag w notatkach pisałam także: podoba mi się. To. Tamto. A w szczególności postać Wiele Pieśni. Jeszcze kilka innych rzeczy. Spalić Wiedźmę spełniło moje oczekiwania, a jeżeli poszukujecie czegoś niezobowiązującego, co przybliży wam fantastyczny Kraków, próbujcie śmiało. Nie pozostanę obojętna na samą Sanikę i jej towarzyszy, bo mimo całego kwękania spędziłam z nimi czasem mniej, czasem bardziej przyjemnie godziny. Mając za sobą pierwszą książkę, na pewno wrócę po kolejne. Zwłaszcza jeżeli kontynuacja zaoferuje czytelnikowi więcej, a Kubasiewicz rozwinie skrzydła jako autor.